Mało aktywności na blogu, sporo blogerek, moich rówieśniczek w stażu macierzyńskim wykrusza się z blogowania. Szczerze przyznam, że świetnie rozumiem. Półroczniak nie pozostawia wiele czasu na pisanie, myślenie(!) czy malowanie paznokci... A do tego zaraz semestr magisterski i takie tam inne sprawunki.
Ostatnie wakacje, z serii tych studenckich, wykorzystuję niekoniecznie na wzmacnianiu dolnych partii ciała podczas pieszych wędrówek. Nie poprawiam też koloru mojej karnacji, wylegując się na leżaku... Niestety. Ale w końcu remont nowego mieszkania i nadchodząca przeprowadzka, to całkiem niezła rekompensata, nie? ;)
Nie jest tak źle, udało nam (tym razem zamiast ojca, ciotka) się wyskoczyć na długi weekend nad morze. Oczywiście, raczyła nas najgorsza pogoda jaką można było przewidzieć na sierpniowy wyjazd, jednak ruszenie się z Łodzi dobrze nam zrobiło. Jak powtarza moja mama "trochę chłodu jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło", mówiąc to wchodziła rano (o 6:00) do pokoju mojego i mojej siostry, i otwierała okno nawet w największe mrozy. Od razu wyskakiwałyśmy z łóżek! ;)
Podróż trwała kilka godzin, 3 godziny na autostradzie plus 3 godziny na zjeździe, bo za cel obrałyśmy Jastarnię. Ale Ignacy nie sprawił wrażenia specjalnie zmęczonego, może tylko faktem rozregulowania dnia, bo wyjechaliśmy nad ranem kiedy ona zazwyczaj jeszcze śpi.
Morze, jak to morze. Fajnie, tylko wolałabym więcej posiedzieć na plaży, 20 minut trzęsąc się z zimna, no, co kto lubi... :)
Wyjazd, pomimo kapryśniej pogody udany, ale nie ma co, wracamy do pracy tnz. codzienności! ;)
