piątek, 24 czerwca 2016

Torebka na szybkie wyjścia

... kryje skarby! ;) To wie każda mama od morza, po góry. Dobrze przygotowana mama, czyli na każdą okazję, nie powstydzi się posiadać w torbie (tej z nazwy "dla dziecka") podręcznej wersji swojej łazienki, apteki i lodówki. A, i jeszcze sklepu z zabawkami!


   Mimo usilnych starań i tak setki razy przeklinamy pod nosem, że tej cholernej gumki do włosów/latarki/dodatkowej pary skarpetek (niepotrzebne skreślić) akurat, kurcze, nie mamy! Biegniemy do najbliższego sklepu po zaopatrzenie, a do domu wracamy z kolejnym zestawem smoczków, plastikowych łyżeczek do karmienia czy szesnastą czapeczką. 
   Jako minimalistka i mama z ponad dwuletnim stażem również staram się być przygotowana i obrałam nawet zasadę dwustopniowego zaangażowania w wyprawę. W praktyce oznacza to, że mam wersję na małe spacery (w obrębie miasta, maksymalny czas wyjścia 3 godziny) i na te większe wyjścia (wypad za miasto, odwiedziny rodziny, cały dzień poza domem).
    Pierwszy wariant składa się ze:

  • małej paczki mokrych chusteczek, uwielbiam to rozwiązanie, nie zdarzyło mi się zużyć więcej nie 5 chusteczek podczas małego spaceru
  • pieluchy, jedna wielozówka + woreczek, choć czasami na dnie torby leży "tak na wszelki wypadek" jednorazówka, to o ile jesteśmy gdzieś w pobliżu apteki (można kupować tam pieluchy na sztuki) to nie ma afery
  • smoczka, tak, tak, wiem, Ignaś to stary chłop, ale zdarza mu się zasypiać w asyście smoczka, zwłaszcza kiedy jest pora drzemki a właśnie jesteśmy poza domem
  • przekąski, sucha, słodka i niebrudząca czyli bakalie, w przeciwieństwie do zapychających (co czasami się przydaje kiedy perspektywa obiadu jest daleka)  chrupek kukurydzianych/jaglanych zajmują mało miejsca a długo się je przeżuwa, wiecie o co chodzi.. ;)
  • czasami zabieram jeszcze 200 ml butelkę z wodą, jak jest gorąco, a jak nie, to najwyżej kupuję coś po drodze
  • poza tym "na stałe" mam w torebce mikro gadżety takie jak łyżeczka jednorazowa, plaster i gazik odkażający

i to właściwie wszystko w kwestii małego spaceru. Na wyjście całodzienne zabieram dodatkowo:
  • więcej pieluch, w sumie ok. 5 sztuk
  • zamiast małej butelki z wodą dla samego Ignasia biorę 0,5 l wody, albo pijemy "na mieście"
  • więcej jedzenia, ale jemy "na mieście"
  • jedną zabawkę, najlepiej taką wielofunkcyjną, książkę, auto albo łopatkę do piasku
  • jeżeli jest lato, krem z filtrem, najlepiej w wersji mini
   To tyle z wnętrza mojej torebki, a jak jest u Was? ;)

wtorek, 31 maja 2016

Lunchbox#kwiecień

   Totalnie nie nadążam! Czy ten czas nie mógł by na chwilę stanąć w miejscu i na mnie zaczekać?! Kwiecień jeszcze nie całkiem wiosenny "na talerzu" ale już czekam na smaki wiosny, no i lata ;)

makaron sojowy z pieczarkami i groszkiem

ryba z kaszą gryczaną niepaloną i sałatka z ogórka

musli z kiwi, chia i jabłkiem

falafle z kaszą kuskus z czarną fasolą


placki owsiano-jaglane z tartym jabłkiem

falafel i sałatka pomidorowo - ogórkowa

   Aż zrobiłam się głodna...

poniedziałek, 16 maja 2016

Mama w wersji "wiosna"

   Uwaga! Będzie "dziubek" i prężenie;-),
A poza tym, wiosna pełną parą. Chociaż jak dzisiaj wyglądam za okno, nie mam ochoty wybrać się na spacer, to z wiosennego luku nie zrezygnuję!




środa, 11 maja 2016

Moda za 15 zł

   Minimalizm w szafie panuje nie tylko na moich półkach. Kupuję Ignasiowi nowe ubrania kiedy naprawdę jest to konieczne, a nie z powodu mody. Ale trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy, zimowe ciuszki poszły w odstawkę nie tylko z powodu zimowości, ale i rozmiaru. 
   Nowe, a właściwie stare bo z lumpeksu, w rozmiarach 92/102 już się suszą... ;)









   Ubrania wyglądają lepiej na żywo, niż na zdjęciach, a cała torba tych ubranek kosztowała tytułowe piętnaście złotych. I jak tu nie lubić zakupów w ciucharniach..?

czwartek, 5 maja 2016

Dlaczego urodziłam wcześniaka

   Wielokrotnie zadawałam sobie to pytanie od chwili narodzin Ignaśka. "Skracająca szyjka", "poród przedwczesny", "poród postępujący". Dobra, dobra, ale skąd to wszystko się wzięło? Przecież ciąża przechodziła bez żadnych większych komplikacji. Ok, raz trafiłam do szpitala w piątym miesiącu, ale to dlatego, że zasłabłam a mój lekarz prowadzący jest zastępcą ordynatora i nalegano żeby dmuchać na zimne.

Ostatnie zdjęcie zrobione w 34 tygodniu.

   Generalnie ani ze mną, ani z nim nie było żadnych powodów... chyba, że czas zatarł mi to w pamięci... Muszę przejrzeć blog, coś pominęłam? Kiedy znalazłam się na porodówce, wiedziałam tylko, że z dzieckiem jest wszystko ok, to mój organizm zmobilizował się do wydania człowieczka na świat. I tak jaką wiedzę posiadałam wtedy leżąc w porodowym spadochronie (koszuli do porodu), tak wiele miesięcy później nie wiedziałam dlaczego właśnie to wszystko tak się potoczyło.
   Aż do momentu. Dziewięć miesięcy później, zaczęłam się gorzej czuć, urósł mi apetyt, podniosła mi się życiowa energii, nie mogłam spać, dostawałam zadyszki, schudłam. Ponieważ u mnie w rodzinie to genetyczne, szybko wyszło szydło (hehe, ta polityka;)) z worka, że mam nadczynność tarczycy. Zdiagnozowana po dwóch tygodniach ostrych objawów (w tym wytrzeszcz oczu, br!), od razu poddana leczeniu szybko się uspokoiła. Tarczyca, hormony, ciąża. Zrobił się mętlik w mojej głowie, bo dalsze leczenie miało rzutować na kolejną ciąże. Faktycznie, to właśnie przez tarczycę nie jestem jeszcze w drugiej ciąży. Przez kilka miesięcy wahałam się czy podjąć leczenie radioaktywnym jodem, które bezpowrotnie zniszczy chory organ. Brzmi groźnie, pewnie dlatego tak długo się zastanawiałam. Jednak ryzyko powikłań w trakcie ciąży i ryzyko konieczności poddania się tej terapii zaraz po porodzie sprawiła, że zdecydowałam się na nią. Wyobraziłam sobie, że tuż po porodzie jestem poddana leczeniu w wyniku którego nie mogłaby zbliżyć się do żadnego z moich dzieci przez 4 tygodnie, tuż po porodzie! Masakra! 
   Po leczeniu musiałam odczekać pół roku z zajściem w ciążę, a teraz tylko muszę trzymać poziom ;) Poziom hormonów TSH w normie, a właściwie bliżej dolnej granicy normy i... śmiało do roboty z tym drugim dzieciną! ;)
   Po tym krótkim wstępie, rozwinę moje podejrzenia co do przedwczesnego porodu... Kiedy zaczęłam czytać artykuły na temat ciąża+nadczynność/niedoczynność tarczycy, dowiedziałam się, że niezdiagnozowana nadczynność tarczycy u ciężarnej prowadzi do:
  • przedwczesnego porodu - było
  • niskiej masy urodzeniowej - było
  • zaburzeniom oddechowym adaptacyjnym? :-/ jakoś tak to leci, no, w każdym razie to też było
  • nieco wolniejszego rozwoju intelektualnego (dlatego nie mówi jeszcze pełnymi zdaniami..? hę?)
   Istnieje podejrzenie, w mojej głowie, że gdyby zostało wykryte zaburzenie pracy tarczycy w ciąży i byłabym wtedy leczona, donosiłabym ciążę do końca. Ale może wcale nie...
   Po prawidłowo przeprowadzonej terapii jodem, tarczyca wpada w stan niedoczynności, która jest o wiele mniej niebezpieczna dla zdrowia niż nadczynność. Niesie jednak ryzyko poronień i wad płodu, dlatego bezwzględnie nad całą ciążą czuwa endokrynolog. Szpital w którym rodziłam pierwszy raz, ma duży oddział endokrynologiczny, dlatego chcąc nie chcąc kolejny poród wiem już gdzie się odbędzie ;)

   Ilokrotność pytam endokrynologa (który mnie prowadzi od samego początku) i ginekologów, nikt nie jest w stanie jednoznacznie stwierdzić dlaczego urodziłam przed czasem. "Bo poród się zaczął", dzięki! Kiedy byłam w ciąży badanie na toksoplazmozę miałam przeprowadzone trzykrotnie(!), ale badania poziomu hormonów tarczycy, pomimo obciążenia genetycznego ani razu... To badanie dotychczas nie było obowiązkowe. Na szczęście jak się dowiedziałam od ginekolog, to się zaraz zmieni. 
   Morał z tej opowieści nie jest specjalnie pokrzepiający, ale życzę Wam donoszonych ciąż i w przypadku ciąży i badań, zachowałabym zasadę "lepiej jedno badanie więcej".

czwartek, 21 kwietnia 2016

Lunbox#marzec

   O, matko! To jeszcze za marzec nie było?!
Oczywiście, to nie są wszytskie lunche, które zjadłam w zeszłym miesiącu, ale te którym miałam czas zrobić zdjęcie. Jak zwykle ryby i warzywa... ;) Używam czasami niewielu składników, ale kupuję sprawdzone produkty, ryby tylko z jednego źródła, kasze bio, a z warzywami "jak się uda". Hehe, niestety, w kuchni, też jestem minimalistką... ;)

Marynowane tofu, kasza gryczana niepalona, gotowana marchewka z groszkiem.

Mintaj, ryż z groszkiem i pomidory/fasolka.

Kotlety warzywne, kasza gryczana niepalona, pomidorki.

Falafle (kupiłam gotowe), kasza jaglana, pomidory.

Ryba, ziemniaki, ogórek.

Tofu w plastrach i pieczone warzywa.

   Przygotowanie tych posiłków jest banalne, ale w razie potrzeby służę przepisem:)