poniedziałek, 2 marca 2015

Laktacyjna depresja, czyli jak rozmawiać z niekarmiącą

   Choć minął już ponad rok odkąd zostałam matką i ponad pół roku odkąd przestałam karmić i mieć jakąkolwiek nadzieję na wykarmienie Ignasia, smak porażki pozostał.


   Należę do grona kobiet które bardzo chciały, ale nie mogły karmić. To duży kaliber w skali matczynej bezradności. Poczucie porażki z laktacją porównuję do porażki jaką odczuwają matki które marzyły o naturalnym porodzie, a nie ze swojej woli urodziły przez cięcie. Do tej grupy też się zaliczam. Cóż...
   Kiedy rozmawiam z kobietami które przeżyły to co ja, doskonale rozumiem ich rozczarowanie. Przez wiele miesięcy knuły fantastyczny plan na Wielki Dzień albo wyobrażały sobie macierzyństwo bez przeszkód, zgodnie z planem. Tymczasem dupa. Nocne kolki, zmęczenie, dzieci nieodkładalne, bejbi blus, brak tego, tamtego... brak mleka. W dodatku z poczuciem osamotnienia, bo choćby z całych sił się starał, to mąż z siebie ani kropli mleka nie wydusi. Przez 4,5 miesiąca kiedy karmiłam (dokarmiałam) piersią, oraz przez kolejnych kilka miesięcy kiedy totalnie nie byłam pogodzona z porażką laktacyjną, słyszałam różne teksty. Najczęściej padały w dobrej wierze, ale nie wszystko złoto co się świeci. Jako doświadczona w tym temacie, wiem teraz, co mogłabym powiedzieć innej matce i co było dla mnie najcenniejsze. No, więc proszę... opowiem Wam jak rozmawiać z niekarmiącą.
  • Powiedz mi, że robię wszystko co w mojej mocy i jeżeli choć trochę karmię, to przypomnij mi, że to wielka rzecz.
    Bo tak właśnie jest, a ja zrozumiałam to bardzo późno, może nawet za późno. Cała ta sprawa laktacyjna była dla mnie olbrzymim stresem (i może nawet przeciągającą się depresją poporodową). Gdybym przyjęła stanowisko zwyciężczyni, może potrafiłabym się rozluźnić, a mleko by samo popłynęło..?
  • I tylko nie mów mi, że Twoja szwagierka też tak miała i jakoś to się skończyło. 
    Każdy kobieta i jej organizm jest inny, w sumie z indywidualnością dziecka, szansa, że historia jednej matki może się powtórzyć jest naprawdę marna. Wiele razy szukałam podobnego przebiegu akcji w opowieściach innych matek, i wiecie co? I nic. Nie znalazłam, analizowanie każdego, drobnego szczegółu doprowadzało mnie do obsesji. Robiłam sobie ogromną nadzieję, stosowałam się do ich trików, które u mnie za nic się nie sprawdzały (a jak się potem dowiedziałam, były bezsensowne). Tę opowieść, po prostu, sobie daruj. 
  • Ale jeżeli, pomógł jej ktoś kto zjadł na tym zęby, załatw mi jego numer.
    Z historii innych kobiet najbardziej może się przydać informacja, gdzie znalazła fachową pomoc. Tutaj ważna informacja: taka pomoc istnieje! Najważniejsze, żeby jak najszybciej się zwrócić o nią do profesjonalisty. Dla mnie oznacza to co najmniej doradcę laktacyjnego, ale szczególnie liderkę La Leche Ligue. W Polsce są takie liderki aż... dwie. No, wiem, wiem, brzmi kiepsko. Ale do niedawna była jedna, więc jest coraz lepiej. Dziewczyny są fantastyczne i mają taką wiedzę której nie znajdziecie w żadnej najmądrzejszej książce.
  • Nie mów, że na mleku modyfikowanym rosną takie zdrowe dzieci.
    Odejdź! Jeżeli chcesz mnie tak pocieszać, to odejdź.
   We wspieraniu kobiety niekarmiącej, w zasadzie już wiele więcej lepiej nie mówić. Tak jak napisałam, powtarzanie "wiesz, bo u mnie to było tak...." robi tylko mętlik w głowie. Ja, z każdą parą otwierających się ust aby opowiedzieć swoją historię, bardzo wierzyłam, że usłyszę receptę na sukces. Wystarczy, że zrobię tak jak ona i będzie cacy! Nie. Sukces nie nadszedł, jak się okazało wcale. Nawet jeżeli niekarmiąca nalega, ja bym radziła nie opowiadać jej za dużo, ona musi skupić się na sobie, na dziecku. Zapewnić sobie spokój duchowy, wyciszenie.
   Najlepszą rzeczą jaką można zrobić dla kobiety walczącej z depresją laktacyjną, jest zapewnienie jej spokoju i czasu potrzebnego do pogodzenia się z przegraną. Najlepiej nie poruszać tematów laktacyjnych, unikać dyskusji na ten temat, ale wsłuchać kiedy będzie potrzebowała rozmowy.
   Magda Karpienia powiedziała mi, kiedy już ostatecznie padłam w walce, że czas leczy rany, żebym dała sobie szansę na żałobę, nie wstydziła się tego przed sobą ani przed innymi. Jeżeli któraś mama by mnie zapytała, to co to właściwie oznacza? Odpowiedziałabym jej, żeby szukała w sobie spokoju "Już nie karmię/nie udało mi się karmić, ale to nie czyni ze mnie gorszej matki." Powiedziałabym żeby nie wstydziła się łez i smutku. Ta walka, jak każda, była męcząca i wymaga czasu rekonwalescencji, ale to właśnie silne i wyjątkowe kobiety ją podejmują! Sukces tkwi w każdej kropli, ale również w wytrwałości, zaangażowaniu i podjętej próbie. 
  
 Gdyby któraś z Was chciała porozmawiać o tym bardziej prywatnie, to śmiało napisz do mnie maila. 

13 komentarzy :

  1. Ja cały czas zastanawiam się jak to jest... kiedyś kobiety karmiły swoje dzieci i było to takie naturalne, co tu dużo ukrywać podobnie mają wszystkie ssaki na ziemi, jeśli mają matkę - piją jej mleko, w naturze nie mają tak dobrze jak ludzie - nie mogą sobie odpuścić i wziąć butelki. Zastanawiam się po prostu co się stało, że wśród mam które znam, a znam naprawdę sporo tylko garstka karmi swoje dzieci. A jako jedyna już 14 miesięcy. Wszyscy opowiadają o problemach nie do przejścia o braku mleka i skończeniu karmienia po kilku tygodniach. Właśnie... a gdzie walka o swoje dziecko, o jego zdrowie? Ja pierwsze trzy miesiące prawie nie spałam. Karmienie, laktator, karmienie, laktator. Chustonoszenie, wspólna kąpiel, tulenie, skóra do skóry, przystawianie co godzinę, karmienie które czasem trwało jednorazowo po dwie godziny. Mała przysypiała, nie chciała ssać, walczyłam...jak lwica. To jest dobre określenie. Dbałam żeby pić, żeby się najeść i kładłam się z Małą i dalej do karmienia. Mała trafiła do szpitala na kilka dni, cały dzień byłam, w nocy mąż zawoził mleko co trzy godziny. Cieszę się, że tak walczyłam. Do dziś raz na jakiś czas dopadają mnie karmieniowe kryzysy i problemy, dylematy. Mała budzi się po 7 razy w nocy. Ale.. nie żałuję. Nie czuję się męczennicą. ;) Wręcz przeciwnie... traktuję to wszystko jako swój order i dziękuję mojej córeczce, że się nie poddała, mojemu mężowi, że mnie wspierał i gotował obiad, sobie samej, że byłam dzielna i wytrwała. Jestem absolutnie przekonana, że mleko mamy to niesamowicie ważna kwestia dla dziecka i nie żartuję - "inwestycja" na całe jego życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ps. Makolu, pamiętam jak pisałaś o swojej walce, nie wiem jak do Twojej sytuacji podeszła Magda Karpienia, co dokładnie radziła, ale... wiem po prostu, że dałaś z siebie wszystko. :) Pamiętaj, że każda kropla, którą dostał Ignaś miała sens i była bardzo wartościowa! Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Aniu, bardzo mądrze napisałaś! Choć momentami rozumiałam ten wpis jako zarzut, czy zrobiłam wystarczająco dużo? ;-) Ale to pytanie, a raczej wyrzuty sumienia że się nie udało, zostanie ze mną chyba na zawsze.
      Myślę, że zbyt wiele odpuszczamy, a w szczególności wiele kobiet odpuszcza karmienie już na samym starcie, nie rzadko jeszcze w szpitalu po porodzie. Czasami wyobrażam sobie, że mam jeszcze jedną szanse, jestem po porodzie, mam chociaż namiastkę mleka, bo dotrzymałam ciążę trochę dłużej, moje dzieciątko nie jest wcześniakiem z zaburzonym odruchem ssania i nie jestem po cesarce. A potem myślę, "ale gdyby chociaż jedna z tych rzeczy...może karmiłabym do dzisiaj".
      Wiesz Aniu, jak teraz znowu to piszę, to wiem. Nie pogodziłam się z utratą karmienia :-(

      Usuń
    3. @Aniu, kiedyś też były kobiety, które z różnych względów nie mogły karmić dzieci piersią. Przed wojną na przykład podawano butelkę z mlekiem krowim i cukrem (glukozą, jak ktoś dostał). Jeszcze wcześniej popularna była instytucja mamki. Ale problemy z laktacją dotyczyły kobiet od zawsze - w starożytnych źrodłach znajdujemy zalecenia dietetyczne i masaże dla kobiet, propozycje substytutów takich jak śmietana, masło i miód (plus oczywiście mleko zwierzece). Odnalezione naczynia w kształcie rogów jednoznacznie wskazują, że były używane do karmienia maluchów. Posługiwano się także nasączonym materiałem. Problemy z laktacją sa więc stare jak świat. Tylko że kiedyś np. na mamkę mogli sobie pozwolić zamożniejsi, a biedniejsi, którzy czasem sami nie mieli solidnych porcji jedzenie, karmili dzieci różnym syfem, np. nieświeżym lub zabrudzonym mlekiem. To jedna z przyczyn wysokiej umieralności dzieci. W świecie zwierząt jest jeszcze gorzej - samica nie ma pokarmu lub maluch szybko nie załapie, o co chodzi, najczęściej czeka go śmierć głodowa (choć w przypadku niektórych gatunków samice naprawdę nieźle kombinują, by zapewnić potomstwu ichniejsze mm). Już nie mówiąc o tym, że w niektórych gatunkach i tatusiowie zostali wyposażeni w gruczoły, pomagające w wykarmieniu potomstwa (np. u pewnego rodzaju nietoperzy). Widać zatem, jak ważna jest to sprawa i jak wiele sprawia kłopotów. Od zawsze.

      Usuń
  2. Pamiętam Twoją walkę. To było COŚ, coś wielkiego. Użeranie się z laktatorem (łącznie z zalaniem go mlekiem - pamiętam! dałaś czadu ;)).
    Ja Cię rozumiem (pobocznie, ale macierzyńsko), bo mnie też wkurzają teksty odnośnie porodu, że "najważniejsze, że jest zdrowa". #$%^& wiem, co jest, co jest najważniejsze...

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety, ale karmienie piersią nie każdemu jest dane. Pamiętam Twoje wpisu z czasów walki o laktację i myślę, że wiele zrobiłaś. Nie jedna kobieta by się poddała na przedbiegach. Życie nie jest sprawiedliwe w tym aspekcie. Sama, gdy urodziłam skrajnego wcześniaka w 28tc myślałam, że już po laktacji...nie miałam nawet pojęcia jak miałoby wyglądać karmienie takiego maleństwa. Walkę o mleko zaczęłam dobę po porodzie, laktatorem, który przynmiosła mi na salę pani z laktarium. Nie było presji, nie nastawiałam się, wrecz przeciwnie. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu dzień później mleczny kran się otworzył i tak zaczęła się moja przygoda z laktatorem, która trwała ponad 20 miesięcy, Do piersi nie przystawiłam nigdy, nie było na to szans.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja byłam zła na siebie że nie mogę karmić, że moje mleko szkodzi, ale przy drugim i trzecim synu jakoś to przełknęłam...jak to moja mama mówi trzeba było przejść żałobę po tej więzi i walczyć o nową ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co ja wiem, a mam wykształcenie medyczne, nie ma takiej sytuacji, żeby mleko mamy było dla dziecka szkodliwe. Nawet przy ostrej żółtaczce, nawet przy zakażeniach, nie ma takiej sytuacji...ale niestety wiele osób "teoretycznie" wykształconych, lekarzy i położnych szerzy mity, że głowa mała. Mleko matki nie szkodzi, gdyby tak było gatunek by nie przetrwał. Mleko mamy jest zawsze najlepsze, zawsze... Przykro to czytać, że nikt Ci nie pomógł i to w przypadku aż trójki dzieci... :(

      Usuń
    2. I tu jest pies pogrzebany, właśnie, że pomógł...przez trzy miesiące karmiłam Daśka lekarze robili badania kombinowali czemu wątroba przestaje działać czemu bilirubina się podwyższa czemu nerki zaczynają padać, czemu dziecko chudnie jak Przecież sporo je, wtedy z jednym lekarzem zrobiliśmy eksperyment i odstawiliśmy młodego od piersi już po paru kamieniach wyniki były o niebo lepsze...lekarz za głowę się chwycił jak to możliwe, z Niuńkiem i Niko było to samo tylko już tyle tego nie ciągneliśmy, wciąż ten sam schemat, wielu lekarzy i wiele opinii ale w końcu ten sam efekt, niech pani nie karmi... Nawet mleko badali ale ponoć wszystko w normie. Raz trafiłam na starej daty położną co widziała już taki egzemplarz jak ja...czy dzieci były uczulone, czy było w mleku jakieś białko co im szkodziło potem już nie szukali jak dzięki mm wszystko wracało na normalnym tor...

      Usuń
  5. A dla mnie to jest jakieś curiosum. W żadnym innym cywilizowanym kraju kobiety nie są poddane takiej chorej presji. Ilekroć słyszę o ocenianiu i wartościowaniu matek przez kryterium sposobu karmienia pukam się w czoło. I wybaczcie, ale trzeba chyba nie znać w życiu żadnych poważnych problemów żeby popadać w depresję z powodu podania butelkí.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie chodzi o chorą presję ani ocenianie. Matki nie chcą spełnić oczekiwań społeczeństwa, są dla nich sprawy ważne i bardzo ważne, a ta jest jedną z nich. Uwierz, że nie jestem dzieckiem szczęścia które dopadł jakiś problem po raz pierwszy w życiu - laktacja. Nie uwierzę ja, że Ty nigdy nie miałaś chociaż małej depresji albo załamania. Bo w każdym, cywilizowanym nawet, kraju ludzie mają takie sprawy z którymi im kiepsko poszło. Nie można marginalizować czyiś problemów, a jeżeli to Cię drażni, to zostaw to w spokoju.

      Usuń
  6. Próbuje coś sensownego wymyślic i nie wychodzi... więc tylko ściskam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytam i nie mogę uwierzyć. Pierwszy raz ktoś napisał o tym, co przechodziłam (i chyba wciąż przechodzę) ja. Bardzo chciałam karmić i traktowałam to przed porodem jak coś najbardziej naturalnego na świecie, nie spodziewałam się problemów. Życie zweryfikowało sprawę, problemy maluszka po porodzie spowodowały, że nie mogłam go nawet zobaczyć przez pierwszą dobę. Karmienie szło tak opornie, pomocy znikąd brak, ale z pomocą laktatora udało mi się 3 miesiące. Tylko i aż. Ale dla mnie to wciąż uczucie ogromniej porażki, mimo że mały ma już 9 miesięcy. Mam wrażenie że mało kto jest to w stanie zrozumieć, no bo przecież dziecku nic nie jest i rośnie jak na drożdżach. Ale w mojej głowie cały czas to siedzi.

    OdpowiedzUsuń